Andrzej Gedymin rozmawia z kapitanem Mietkiem Irchą Czas podsumowań minął, kto zasłużył, odebrał nagrody i puchary, ale co tu robić zimą. Można opowiadać żeglarskie banialuki w rodzaju wędkarza z fajką na falochronie stolicy Bornholmu Roenne, wziętego za latarnię, a ogieniek z fajki za światełko, ale kto w takie bajdy uwierzy?
Można też snuć żeglarskie plany, gdzie w przyszłym sezonie się popłynie, ale jak to z planami bywa, nie wszystko w nich wychodzi. Można wreszcie pojechać na narty lub do ciepłych krajów i zaciągnąć się na... „Pogorię”. Z tego ostatniego pomysłu skorzystał znany szczeciński żeglarz, kapitan jachtowy Mieczysław Ircha, przez wiele lat instruktor i komandor ówczesnego Ośrodka Morskiego Pałacu Młodzieży, a obecnie instruktor w Centrum Żeglarskim i opiekun jachtu „Zryw”.
Można też snuć żeglarskie plany, gdzie w przyszłym sezonie się popłynie, ale jak to z planami bywa, nie wszystko w nich wychodzi. Można wreszcie pojechać na narty lub do ciepłych krajów i zaciągnąć się na... „Pogorię”. Z tego ostatniego pomysłu skorzystał znany szczeciński żeglarz, kapitan jachtowy Mieczysław Ircha, przez wiele lat instruktor i komandor ówczesnego Ośrodka Morskiego Pałacu Młodzieży, a obecnie instruktor w Centrum Żeglarskim i opiekun jachtu „Zryw”.
- Wykorzystałem zaległe urlopy – opowiada - których się trochę nazbierało i zgłosiłem się na dwutygodniowy jesienny rejs na „Pogorii”, która właśnie żeglowała po Morzu Śródziemnym, a ponieważ mam także doświadczenie na żaglowcach, zostałem oficerem wachtowym. Ta odpowiedzialna funkcja jest o tyle ciekawa, że na „Pogorii” są wyjątkowo nowoczesne urządzenia nawigacyjne i prowadzenie tego żaglowca podczas wachty należy do przyjemności.
- Czy wchodziłeś na reje?
- Na żaglowcach obowiązuje niepisana zasada, że do pracy na rejach wychodzą tylko ci żeglarze, którzy chcą. Nie ma więc przymusu, a w szczególności dotyczy to także kadry oficerskiej. Jeśli ktoś chce i czuje się na siłach, wchodzi na reje. Osobiście byłem raz, ale raczej aby zrobić atrakcyjne zdjęcia. Dodam, że na żaglowcach w odmienny sposób niż na małych jachtach stawia się i zrzuca żagle rejowe. Otóż robi się to także z pokładu, ciągnąc (wybierając) i luzując odpowiednie liny, ale przed postawieniem żagli trzeba wejść na reje, by zdjąć linki mocujące te żagle do drzewca rei, i to samo przy ich zwijaniu, kiedy podciągnęliśmy żagle do rei i teraz trzeba ponownie wejść na reje, by żagle sklarować.
- Czy trafiliście na sztormy?
- Tak. Okazuje się, że na Morzu Śródziemnym szczególnie jesienią sztormy też występują. Trafiliśmy na wiatr o sile 7-9 st. Beauforta i stosunkowo dużą falę. Młodzieżowa załoga ciężko znosiła tę pogodę, tym bardziej, że wiało od dziobu. Wśród załogantów mieliśmy też kilkunastu młodych ludzi niepełnosprawnych słuchowo, co było dla mnie nowym doświadczeniem i na początku sprawiało mi trochę kłopotów, ale wkrótce opanowałem język gestów i nie było z tym problemów.
- Jakie odwiedziliście porty?
- Same interesujące, znane z historii i współczesności, a nawet z piosenek. Wypłynęliśmy z Livorno we Włoszech, następnie przecięliśmy Zatokę Genuańską do Cannes, byliśmy w Monte-Carlo, w niewielkim porcie Imperia trafiliśmy na wielkie regaty, mistrzostwa Europy olimpijskich klas mieczowych: „C-2”, „Laserów”, łodzi „470” i „420”. Startowało tam kilkaset jachtów, w tym polskie załogi, ale nikogo ze Szczecina nie spotkaliśmy. W Imperii nastąpiła na „Pogorii” wymiana załogi i popłynęliśmy do portu Santa Margarita, w kierunku półwyspu Porto Fino, Korsyki i na północ do Genui. Gdzieś po drodze spotkaliśmy nawet wieloryba.
- Na „Pogorii” żeglowali sami Polacy?
- Tak. Były to grupy z Gdyni i Krakowa, a wśród oficerów jeszcze jeden szczecinianin, kapitan Jerzy Szkudlarek, który tak na dobrą sprawę pomógł mi dostać się na ten rejs. Młodzież uczestnicząca w tej żeglarskiej przygodzie miała częściowe dofinansowanie z lokalnych urzędów, tak że dla nich cena za ten tygodniowy rejs oraz dojazd wyniosła około 1500 zł.
- Drugą cześć urlopu spędziłeś na nartach?
- Od wielu lat w zimie wypuszczam się na narty. Byłem z grupą znajomych we francuskich Alpach w miejscowości Valmenier, ok. 1500 km od Szczecina. Rekompensatą za tak wielką odległość jest znakomite przygotowanie tras narciarskich, których jest tam ok. 600 km. Większość to trasy oznaczone jako zielone i niebieskie (łatwiejsze), ale także kilka „czarnych”. Szusowało się tam znakomicie, a wszystkie trasy przygotowane były bezbłędnie. Byliśmy w czwórkę, mieliśmy zapewnioną kwaterę, a posiłki przygotowywaliśmy sami jeszcze w Polsce. Każdy z nas przygotował po dwa posiłki. Ja osobiście błysnąłem kulinarnym znawstwem pichcąc indyka z morelami, ryż i sałatki. Był znakomity. Jeśli ktoś chciałby pójść w nasze ślady i zabrać ze sobą posiłki, to przypominam o naszym polskim chlebie, gdyż te francuskie bułki może są i dobre, ale na deser.
*****
Żeglarska kariera naszego rozmówcy (na zdjęciach) rozpoczęła się od funkcji instruktora w Pałacu Młodzieży, a następnie w COŻ w Trzebieży i znów w Pałacu, a obecnie w miejskim Centrum Żeglarskim. Żeglował, dowodząc na wszystkich typach jachtów, od Hiszpanii na zachodzie przez Irlandię, W. Brytanię, państwa europejskie nad Morzem Północnym po wschodni Bałtyk z Wyspami Alandzkimi, Zatoką Fińską i Botnicką. Aktywnie działa w pionie szkolenia PZŻ, a obecnie – jak zdradził – naradza się z młodymi podopiecznymi przygotowującymi do sezonu „Zrywa”, gdzie popłyną w tym roku.








